poniedziałek, 29 lutego 2016

O co chodzi z tą licencją? - recenzja filmu "Licencja na miłość" w reżyserii Kena Kwapisa


źródło
O co chodzi z tą licencją - Licencja na miłość (License to Wed), reż. Ken Kwapis, 2007
Już sobie wyobrażam miny panów, którzy przeczytają w metryczce „komedia romantyczna”. Co gorsza - amerykańska. Nie jest wcale tak źle, jakby się mogło wydawać. Może nie jest to film najwyższych lotów, warto się jednak z nim zapoznać z ciekawości.
Gdyby w ekspresowym tempie prześledzić fabułę, to rzeczywiście nie byłaby ona zbyt interesująca, niewiele warta: młodzi ludzie zakochują się w sobie, zaręczają się, zamieszkują razem, przygotowują do ślubu, kłócą i nie do końca wiedzą czy potrafią być razem na dobre i złe, na zawsze. Ratunkiem dla tego filmu są postaci charyzmatycznego wielebnego Franka i jego młodego pomocnika. Wprowadzają oni istny chaos w życie Sadie (Mandy Moore) i Bena (John Krasinski), ale przez to dziwnie je porządkują, co narzeczeni dostrzegają dopiero po czasie. Postać grana przez Robina Williamsa robi wszystko w sposób tak szokujący, że aż zabawny. Gagi, które zostały napisane dla wielebnego mają tak naprawdę głębszy sens i do tego, a nie pozostałych części filmu pragnę się odnieść.
źródło
Proszę nie myśleć, że nie widzę wypaczeń, które nie zgadzają się z podstawowymi zasadami wiary, ot choćby zamieszkiwanie razem przed ślubem czy wstąpienie w fikcyjne małżeństwo. Warto jednak zauważyć, że nie jest to film oparty na zasadach wiary katolickiej, tylko na zasadach jakiegoś amerykańskiego odłamu protestantyzmu. Nie jest to problem, gdyż nadal obracamy się w kręgu wiary chrześcijańskiej. Trzeba jednak spojrzeć głębiej, by znaleźć sedno nauki chrześcijańskiej, mówiącej o małżeństwie. Małżeństwo bowiem to poważna decyzja życiowa i trzeba się do niego odpowiednio przygotować. Wielebny jest pastorem protestanckim, ale mamy ekumenizm, wierzymy w jednego Boga i do Niego się modlimy – to jest najważniejsze. W filmie można znaleźć elementy, które mogą być uznane za „nie na miejscu”. Niektóre sytuacje czy zjawiska społeczne są krytykowane poprzez ośmieszenie, jednak tak naprawdę nie krzywdzą nikogo. Raczej zwracają uwagę na to, jak nie postępować, czego unikać, co z góry skazane jest na niepowodzenie.
źródło
Zalecenia ojca Franka są proste. Po pierwsze, narzeczeni mają napisać własną przysięgę małżeńską (to taki raczej amerykański zwyczaj, ale ma swój urok). Po drugie, muszą uczestniczyć i ukończyć specjalne nauki prowadzone przez wielebnego. Po trzecie, mają zachować wstrzemięźliwość przedmałżeńską aż do nocy poślubnej. Sadie i Ben otrzymają licencję ślubną pozwalającą im zawrzeć małżeństwo poza swoją parafią i regionem zamieszkania (takie jest znaczenie tego wyrażenia), ale przede wszystkim będą mogli się stać małżonkami z licencją na miłość – świadomymi tego, co małżeństwo ze sobą niesie. Ich uczucie oraz decyzja przejdzie trudne próby, chociażby rodzinne kłótnie o sposób wyprawienia wesela. Czy je wytrzymają? Jak zakończy się ich związek? Jaki wpływ będą mieli na nich rodzina i przyjaciele?
Zachęcam, by obejrzeć ten film, mocno zastanawiając się nad jego przesłaniem, nie zaś po to by wychwycić grzechy popełnione przez scenarzystów. Nie sądźmy niczego ludzką miarą, bo i sami w ten sposób możemy zostać osądzeni, a jest to bardzo bolesne i krzywdzące.

Metryczka filmu
tytuł
Licencja na miłość (License to Wed)
reżyseria
Ken Kwapis
rok produkcji
2007
gatunek
komedia romantyczna
aktorzy
Mandy Moore, Robin Williams, John Krasinski
dla kogo
dla dorosłych
Pozdrawiam serdecznie! :) Hania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twoje słowo też jest ważne. Zostaw je tu pamiętając o netykiecie i poprawności języka, w którym piszesz. Dziękuję!